Dobry Reset: "Cobra" (film z 1986 r., reż. George P. Cosmatos) polecam

"Cobra", wydanie 4K (Arrow Video), fot. Śmigiel

„Cobra” z 1986 roku, w reżyserii George’a P. Cosmatosa, na podstawie scenariusza Sylwestra Stallone’a, to obraz, który krytycy zdeptali zaraz po premierze. I rzeczywiście, film ma dziury w scenariuszu, jest niezwykle pretensjonalny i przerysowany, a część obsady niemal w ogóle pozbawiono linii dialogowych. Fabuła przypomina kreskówkę dla dorosłych, wyprodukowaną na potrzeby telewizji MTV. Jednak, mimo tych wszystkich niedociągnięć, „Cobrę” nadal ogląda się z zapartym tchem i jest to dzieło wręcz idealne na Dobry Reset.

Za bałagan w scenariuszu i problemy na planie, odpowiadał głównie sam Stallone, a raczej - jego ówczesne, rozbuchane ego. Po czterech częściach przygód Rockiego i dwóch historiach o Rambo (jedna z Cosmatosem), aktor otrzymał propozycję zagrania w filmie „Gliniarz z Beverly Hills”. Pomysł na komedię sensacyjną zupełnie mu jednak nie podszedł i włoski ogier, doszedł do wniosku, że napisze historię o zbuntowanym gliniarzu, na nowo. Tworząc własny scenariusz, zainspirował się powieściowym thrillerem Pauli Gosling, pt. „Fair Game” oraz postacią Brudnego Harry'ego. Jego rolę w „Gliniarzu z Beverly Hills” na dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć, dostaje Eddy Murphy, a Stallone na całego angażuje się w „Cobrę”.

"Cobra" wydanie standardowy Blu-ray 2011, fot Śmigiel

Do pracy nad filmem zatrudnia George’a Cosmatosa, który miał przede wszystkim słuchać jego poleceń i starać się nie wychylać. Role drugoplanowe, ogier powierza swojej ówczesnej żonie, Brigitte Nielsen i dwójce aktorów znanych z serii o Callahanie – Reniemu Santoni oraz Andrew Robinsonowi. Stallone tworzy image głównego bohatera, porucznika Marion (prawdziwe imię Johna Wayne’a) „Cobry” Cobrettiego, który ma wyglądać jak Bruce Springsteen z pistoletem. Wymyśla dla niego liczne one-linery (You’re disease, and I am the cure) i dorzuca mu nawyk żucia wykałaczki. Sam wybiera również piosenki na soundtrack i postanawia jeździć w filmie własnym samochodem - zmodyfikowanym modelem Mercury 1950.

Z galimatiasu różnych idei i pomysłów, powstaje ostatecznie film, którego nikt się nie spodziewał. Prościutką fabułkę ratuje osadzenie jej pomiędzy różnymi filmowymi gatunkami (horrorem, westernem, kinem akcji i okultystycznym thrillerem). A bardzo znajomy plot, przedstawia się następująco - w Los Angeles grasuje seryjny morderca. Świadkiem jednej ze zbrodni zostaje modelka Ingrid, którą trzeba chronić za wszelką cenę. Roli ochroniarza podejmuje się policjant, Marion „Cobra” Cobretti – maczo-man ery Ronalda Reagana, w ciemnych okularach i jeansach, tak ciasno opiętych na pupie, że z trudem można w nich biegać. Typ marvelowskiego Punishera, który należy do elitarnej jednostki policji... zombie squad.

"Cobra" standardowy Blu-ray 2011, backcover, fot. Śmigiel

Wszystko to, widzieliśmy w kinie już wiele razy. Są jednak rzeczy, które wyróżniają „Kobrę” na tle innych filmów akcji. Po pierwsze – duże wrażenie robi teledyskowy montaż i tempo akcji. Nie było to wprawdzie początkowym założeniem twórców, ale wyszło świetnie. Tak naprawdę, film trwa niespełna 87 minut, ponieważ tuż przed premierą, dokonano drastycznych cięć w oryginalnym materiale. Aby konkurować z wyświetlanym w tym samym czasie w kinach - „Top Gun”, obraz Cosmatosa musiał być krótszy. Dzięki temu można było zapewnić mu większą ilość wyświetleń w ciągu kinowego dnia. Na dodatek, pierwsza wersja „Cobry” (trwająca 130 minut!), okazała się zbyt brutalna i dostała rating „X”. Po kolejnych cięciach, udało się uzyskać oznaczenie „R”, ale na podłodze w montażowni, wylądowało mnóstwo materiału. Stallone zabronił wycinania scen z jego udziałem, ale występy innych aktorów i aktorek skrócono do minimum. W ten sposób, trochę przypadkiem – udało się stworzyć jedyny w swoim rodzaju, sensacyjny teledysk w stylu 80s noir, gdzie głębię postaci, ich wrażliwość oraz motywacje - zastąpiono przerysowaną, wybuchową estetyką z MTV.

Poster i książeczka z wydania 
4K (Arrow Video), fot. Śmigiel

Wizualny i dźwiękowy styl „Kobry”, do dziś hipnotyzuje widownię. Jakimś cudem, wszystkie te, totalnie przegięte pomysły, świetnie zadziałały i pomogły w stworzeniu unikalnej wersji Kalifornii, rodem z ekranu konsoli Nintendo. Dlaczego Marion Cobretti nosi rękawiczki, skoro w L.A. jest bardzo ciepło? Po co mordercy bajerancki, odjechany nóż z kolcami (specjalnie zaprojektowany przez hollywoodzkiego specjalistę od białej broni – Hermana Schneidera), dlaczego najbardziej charakterystyczną cechą partnera Cobry, jest jedzenie słodyczy i po co główny bohater trzyma czyścidło do broni w opakowaniu po jajkach, a pizzę przycina nożyczkami? Tego się nie dowiemy. Odpowiedzi na te pytania, są nieistotne, bo szalona estetyka tego, co widzimy na ekranie, przysłania nam wszelkie fabularne niedostatki. Reżyser raz za razem, serwuje nam nowy, wpasowany w film, teledysk, w trakcie którego bohaterowie chodzą po mieście - a w tle przygrywa nam kolejny pop-hicior. Stallone używał już tej montażowej sztuczki, przy „Rockym”, pokazując nam mordercze treningi bohatera.

"Cobra" soundtrack CD, Warner 1986, fot. Śmigiel

W „Kobrze” urzekają nas także - kolorystyka i neonowe oświetlenie, które natychmiast przywodzą na myśl „Policjantów z Miami”. W jednej chwili oglądamy mroczny thriller (ze znakomitą rolą Briana Thompsona w roli mordercy), a zaraz potem, wracamy do rozgrzanej Kalifornii, mijamy plażę jak ze „Słonecznego Patrolu” i podziwiamy palmy, słuchając Glorii Estefan. Ten film, to unikalne połączenie wielu ryzykownych pomysłów, które jakimś cudem, tworzą spójną całość. A na dodatek, akcja dzieje się... w Boże Narodzenie. Czy może być jeszcze bardziej stylowo? Owszem, bo wizualne doznania potęguje znakomity soundtrack. Elektroniczne kompozycje, mistrza klawiszy - Sylwestra Levaya (wcześniej, m.in. „Flashdance”, „Airwolf”), przeplatają się tu z niezwykle chwytliwymi przebojami, Jeana Beauvoira (wybór samego Stallone’a) i Miami Sound Machine.

A zatem, nie ma co czekać. Z hasłem na ustach, w stylu: „This is where the law stops and I start, sucker!”, koniecznie sięgnijcie po „Kobrę”, bo to film, który nie tylko was wciągnie, oczaruje i rozbawi, ale też pozostawi z niepokojącą myślą, że takich obrazów już się nie robi – bo są „too violent”.

"Cobra" soundtrack CD (inside), Warner 1986, fot. Śmigiel



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Spotkanie i rozmowa z Jackiem Inglotem w Dolnośląskim Centrum Filmowym

Tequila - Pyrkon 2014!

Reaktywacja bloga. Premierowe opowiadanie w Magazynie SFinks!