Wydawnictwo TH Publishing

piątek, 26 maja 2017

Wątpię, więc jestem #2

26.05.2017

Totalna masakra.

Jako nastolatek doszedłem do wniosku, że życie nie ma żadnego sensu. Mało odkrywczy to wniosek, a jednak przeszło dwadzieścia lat temu... zdziwił mnie i przeraził. Otaczająca nas rzeczywistość jest z jakiegoś powodu niedorzeczna. A może nawet gorzej, bo ta niedorzeczność może nie mieć przyczyny. Ot dryfujemy sobie w przestrzeni na bryle kosmicznego badziewia. Nasza Ziemia nieustannie spada na słońce, a księżyc spada na Ziemię, choć jedno i drugie, ostatecznie spaść nie może. Dokoła niczego nie ma. Tylko inne bryły badziewia albo gazowe giganty. My zaś – prawdziwi wybrańcy losu, zastąpiliśmy jakiś czas temu durnowate dinozaury, które nie zdążyły stąd odlecieć. Ależ to wszystko dziwne...

Mamy wstawione biologiczne zegary, przez które umieramy już od urodzenia. Z punktu widzenia biologii najważniejsze jest dla nas przetrwanie gatunku, ale nasze umysły chciałyby czegoś więcej. Z jednej strony, warto więc być blisko biologii i natury, bowiem od matki nie da się uciec, a z drugiej – głupio tak jakoś nie używać mózgu, którego działanie pochłania przecież tak dużo energii naszego ciała. Ja właśnie używam mózgu, aby napisać coś podstępnego i obrazoburczego. Używam go także, aby się cieszyć muzyką Erica Claptona, który przygrywa mi w tle. Ale wszystko to, nie ma przecież sensu.

Nie dojdę do sedna spraw, bo ja jestem zodiakalny rak-agnostyk. Wiem, że nie wiem. W nic nie wierzę, choć nie mówię, że kiedyś w coś jednak nie uwierzę. Kłopot w tym, że chwilowo nie mam w co wierzyć. Cokolwiek opowiadają sobie ludzie na temat sensu istnienia, jest to tylko ludzkie, a my – przypominam – jesteśmy drobinkami, które dryfują na bryle kosmicznego badziewia. Wolę więc na tym, co ludzkie nie poprzestawać.

Różne człowiecze teorie mnie nie przekonują. Szukam więc dalej i samodzielnie eksperymentuję. Zaczynam pić jarmuż, aby poprawić jasność umysłu. Roztrząsam to, że czasem śnię o śmierci ojca (który na szczęście wciąż żyje!). Kiedy indziej, łapię się na tym, że za mało rozmawiam z żoną i cieszę się synem, którego sam sprowadziłem na ten świat bezsensu. Czasami boję się, że umrę w męczarniach z powodu okrutnej choroby. Później przez chwilę znowu nie myślę o sensie egzystencji, bo mam za dużo pracy, bo w radiu trafiła się fajna rozmowa z pisarzem. Myślenie utrudnia także to, że w przedszkolu nie ma miejsc, a na budowie spotyka mnie problem za problemem. Bez sensu.

Po co więc dawać białku (przeznaczonemu do robienia innych białek) możliwość grania na gitarze jak Clapton? A może to jakiś błąd matrycy? Może nie taki był plan stworzyciela, ale nawet jeśli zakładał on coś innego, to zdaje się, że samego planistę niespecjalnie to już obchodzi. Boże uchowaj, ale oto wprawione w ruch białka, nagle wymknęły się spod kontroli! Białka poszukują odpowiedzi i nieustannie pytają: po co? Dlaczego? A może architekt sam nie wiedział jaki w tym wszystkim jest sens i musiał stworzyć sobie ludzkość- kolektywny mózg, aby samemu znaleźć odpowiedź? Może to my jesteśmy Sztuczną Inteligencją na laptopie Boga? Czy to byłoby już egzystencjalistycznie atrakcyjne?

Kurde bele. Nie marzę o niczym innym jak tylko o możliwości wyrwania się z więzienia własnego umysłu. Z tego zamkniętego kręgu bezsensu i ograniczeń. Rzecz w tym, że gdyby było to możliwe... mimo wszystko zabrałbym ze sobą tego Claptona. A Clapton mógłby mi śpiewać w pętli: I was a pilgrim for your love. A pilgrim for your love. Chciałbym, aby tak było, bo nawet gdybym nagle pojął ten cały sens istnienia, to i tak byłbym wciąż do kości prześmierdły tym, co ludzkie. Dlaczego? Bo czasem po prostu dobrze jest być człowiekiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz